Dwadzieścia trzy piosenki Mariana Hemara ukazały się na płytach i kasetach Polskiego Radia. Autorami pomysłu są znakomici radiowcy, twórcy popularnych audycji poświęconych dawnym piosenkom, ich autorom, kompozytorom i wykonawcom. Na płycie (i kasecie!) zarejestrowano piosenki w gwiazdorskich wykonaniach: Hanki Ordonówny („Kogo nasza miłość obchodzi – tylko Ciebie i mnie…”; „Jakieś małe nic, jakieś drogie coś”), Marii Modzelewskiej („Kto inny nie umiałby tak dręczyć do łez”; „Santa Madonna poratuj!”; „Awans dla panny”), Stefci Górskiej („Czy pani Marta jest grzechu warta…”), Olgi Kamieńskiej („Za dawno, za dobrze się znamy, dlatego nie trzeba nam słów…”), Kazimierza Krukowskiego („Mały mężczyzna, czy wiesz…”), Tadeusza Faliszewskiego („Piękny gigolo”, „Jak całować to ułana!”), Mieczysława Fogga („Żebyś Ty wiedziała…”), Adama Wysockiego („Może kiedyś innym razem…”), Andrzeja Boguckiego („Czy Ty wiesz moja mała…”).
Miłą dla ucha niespodzianką jest duet muzyczny Fryderyka Jarosyego i Leny Żelichowskiej („A ja nic, tylko Ty…”). Szczególną wartość dokumentalną mają piosenki wykonywane przez Zofię Terne: „Tyle jest miast”, „Kiedy znów zakwitną białe bzy”, „Nikt tylko Ty.” Wykorzystano też (ze względów technicznych!) współczesne (powojenne!) nagrania kilku piosenek: Sława Przybylska wzrusza, śpiewając „Pensylwanię” i inny wielki szlagier z 1929 r., „Wspomnij mnie”. Zaś Hanna Brzezińska przekonuje, że trudna piosenka „Daruj mi noc” może być wykonywana tylko przez znakomicie śpiewające aktorki. Ma ta piosenka swój londyński epilog. Przez wiele lat błędnie przypisywano Hemarowi jej kompozycję. Dopiero dzięki uważnej słuchaczce, pani Lili Pohlmann, udało się ustalić, że autorem melodii był Leo Towers. Angielskie słowa napisał Harry Leon – „After Tonighrnych i życzliwych słuchaczy na całym świecie, wszędzie tam gdzie żyją Polacy, miłośnicy literacko-muzycznej twórczości poety, „klasyka rozrywki”, spadkobiercy jego idei, dobrego smaku, wysokiej kultury „lżejszej muzy”. Stało się tak, jak marzył za życia: jego piosenki trafiły pod strzechy… Są słuchane w każdy niedzielny poniedziałek, w cyklicznej audycji „Mijają lata, zostają piosenki”, która ma najwyższą słuchalność po transmitowanej na żywo z kościoła św. Krzyża mszy świętej! Aż się łza w oku kręci! Naprawdę!

A do Lwowa daleko – że strach…

Tablica ku czci Mariana Hemara w Warszawie

Zadzwoniła do mnie Alina Janowska, szefowa Sekcji Estrady Związku Artystów Scen Polskich i powiedziała: Mam przed sobą listę gości zaproszonych na uroczystość odsłonięcia tablicy Mariana Hemara i lampkę wina w ZASP-ie. Ciebie na tej liście nie ma. Ktoś zapomniał lub nie chciał abyś w tej uroczystości uczestniczyła. Ale nie obrażaj się, tylko przyjdź! Ja ciebie zapraszam. W końcu, dlaczego miałabym być zaproszona? Do Londynu też mnie nikt nie zapraszał, a przyjechałam. Sama kupiłam bilet na spektakl „Tu mówi Marian Hemar…”. Na przyjazd namówiłam też siostrzeńca poety, artysty słowa i teatru, wielkiego mistrza polskiego kabaretu, „barda Lwowa i trubadura londyńskiej emigracji”.

Zajęta czymś innym, pewnie bym o tym wszystkim zapomniała, gdyby nie dalszy ciąg. Centrum Kultury Żydowskiej na Kazimierzu w Krakowie, z okazji zorganizowanego na przełomie września i października Miesiąca Kultury Żydowskiej, zaprosiło mnie na wieczór poświęcony pamięci Mariana Hemara. Moją osobę zaprotegowała pani Lili Pohlmann (której tą drogą raz jeszcze bardzo za ten gest dziękuję), poparł pan Natan Gross z Izraela, który przysłał przesympatyczne nagranie wideo swoich refleksji o twórcy najpiękniejszych polskich szlagierów. Moim opowieściom towarzyszyły piosenki Hemara z płyty, którą dla Polskiego Radia przygotował wraz z aktorami warszawskiego Teatru Ateneum — Wojciech Młynarski. Z ogromnym żalem pogodziłam się z myślą, że nie było możliwości odtworzenia głosu samego Hemara.

Po tym wieczorze podeszła do mnie pani z Oddziału Krakowskiego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Powiedziała, że 29 września, we Lwowie odbędą się obchody setnej rocznicy urodzin Mariana Hemara. W programie obok występów różnych grup (amatorskich i zawodowych), wystawy książek poety ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie, zostanie w kościele św. Antoniego odsłonięta tablica Jemu poświęcona. Wszystkie uroczystości poprzedzi msza św. w tym właśnie kościele. Finałem ma być spektakl Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie zatytułowany „Wspomnij mnie”. Bardzo się ucieszyłam, że tak bogaty program udało się przygotować Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie pod kierunkiem pani prezes Emilii Chmielowej.

Ale radość moja była krótka. Okazało się, że organizatorzy nie pomyśleli o zaproszeniu na tę uroczystość pani Włady Majewskiej. To dopiero skandal — pomyślałam. Reakcja pani Włady była następująca: „Jak oni mogli. Kocham Warszawę, ale Lwów jeszcze więcej!”. No cóż, zdarzają się uczucia nieodwzajemnione. Włada Majewska, nazywana przez Hemara „sercem Lwowa”, gwiazda „Wesołej Lwowskiej Fali”, znakomita wykonawczyni lwowskich piosenek, oddana sercem, duszą i ciałem sprawie pamięci Mariana Hemara, pominięta przez organizatorów z jej rodzinnego Lwowa… To się, proszę państwa, w głowie nie mieści! Mogło się to zdarzyć w każdym innym mieście, ale we Lwowie? Dlaczego? „Do Lwowa daleko — że strach…” — śpiewała Włada Majewska w piosence „Rok uchodźczy”. A w „Rozmowie z Księżycem”, słowami Hemara pytała: „Kiedy ja wrócę do Lwowa? Czy w ogóle wrócić mam?”. Jakże aktualne (przez zbieg okoliczności!) staje się ostatnie zdanie z tej piosenki: „A ja płaczę i śmieję się. Faktycznie, aż mnie wstyd”.

Mnie też jest wstyd, że skromne (w końcu) siły i środki zostały rozproszone. Bez wzajemnego porozumienia i zawiadomienia, dwie różne organizacje chciały, być może dobrze, uczcić wspaniałego artystę. Jednego dnia (29 września br.), w dwóch miastach: we Lwowie (o godz. 10.15) i w Warszawie (o godz. 15.00) dokonano odsłonięcia tablic poświęconych pamięci Mariana Hemara. W Warszawie, przy ulicy Senatorskiej 27, w miejscu dawnego „Qui Pro Quo”… Lepszej lokalizacji nikt nie mógł wymyślić. Tablicę (niestety niezbyt udaną plastycznie!), zaprojektował znany krakowski rzeźbiarz prof. Czesław Dźwigaj. Pomysł jej lokalizacji był Zbigniewa Rymarza, a w realizacji pomógł Jerzy Swalski, dokumentujący dźwiękowo całą uroczystość, w której poza licznie przybyłymi aktorami uczestniczyli także prezydent Warszawy Paweł Piskorski i prezes ZASP-u Kazimierz Kaczor. Mistrzem ceremonii była Alina Janowska. Gościem honorowym, fundatorka tablicy Włada Majewska, która z widocznym wzruszeniem opowiedziała o swojej zażyłości z Marianem Hemarem. Miłą niespodzianką była obecność na uroczystości pani Geny Galewskiej-Wittlin z Waszyngtonu. Pani Gena (córka znanego scenografa warszawskich kabaretów i przedwojennych filmów — Józefa Galewskiego), projektowała kostiumy, w których występowały w przedwojennych teatrzykach takie gwiazdy jak: Hanka Ordonówna, Mira Zimińska czy Zofia Terne. Te jej projekty (cudem uratowane) były pięknym akcentem na wystawie poświęconej Fryderykowi Jarosy’emu w Muzeum Teatralnym.

Myślę, że poety, teatrologa, tłumacza – Bolesława Taborskiego, który mieszka w Londynie od 1946 r., nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest znany w polskim i angielskim środowisku. Urodził się w Toruniu, wojnę przeżył w Krakowie i w Warszawie, skąd po powstaniu znalazł się na terenie Niemiec. Jako poeta zadebiutował tomikami w 1957 i 1958. Od prawie 50 lat pisze wiersze, sztuki i eseje. Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW) wydał dwujęzyczny tomik wierszy tego autora, które powstały pod wpływem albumu fotograficznego, zawierającego reprodukcje arcydzieła najdawniejszej sztuki polskiej – dwuskrzydłowych romańskich drzwi katedry w Gnieźnie.

Album nosi tytuł „Drzwi Gnieźnieńskie”. I taki sam tytuł obrał poeta dla tego pięknego tomiku. Jest to perełka wydawnicza. Zawiera znakomicie napisany wstęp (także pióra Taborskiego), wyjaśniający genealogię Gniezna, świętego Wojciecha i legendarnych Drzwi Gnieźnieńskich. Precyzyjne przypisy wyjaśniają wiele mało obeznanemu z tematem czytelnikowi. Książkę dopełnia interesująca nota o autorze. A piękne ilustracje wyjaśniają fascynację poety gnieźnieńskim cudem sztuki sprzed bardzo wielu lat.

Ponieważ wiersze powstały w dwóch językach – polskim i angielskim – to ta urocza książka spełnia misję propagowania polskiej sztuki w środowisku obcojęzycznym. I bardzo dobrze. Oby więcej tego typu książek mogło być wydawanych w tak pięknej formie.

Jerzy Janicki: scenarzysta, pisarz, dziennikarz, chociaż urodzony w Czortkowie na Podolu, uważany jest za lwowianina. Temu miastu, w którym spędził lata chłopięce i młodzieńcze, poświęcił wiele książek („Cały Lwów na mój głów”, „Towarzystwo weteranów”, „A do Lwowa daleko aż strach”, „Ni ma jak Lwów”) i filmów („Tońko, czyli ballada o ostatnim batiarze”, „Lwów tam i u mnie”, „Kwadrans z Hemarem”, cykl telewizyjny „Salon lwowski”). Niezrozumiały jest tytuł ostatniej książki – „Czkawka” – wydanej przez wydawnictwo ISKRY. Niby, że tematyka lwowska odbija mu się czkawką?… Autor wyraźnie jest od tego problemu uzależniony. O Lwowie pisze, myśli, czuje, wspomina. Wszystko mu się ze Lwowem kojarzy. Bohaterami wspomnień i opowieści są oczywiście lwowiacy. Dawni i obecni. Wybitni i zwyczajni. Tacy, którzy we Lwowie pozostali i tacy, którzy z niego wyjechali – w czasie wojny, tuż po niej. Także ci, którzy do Lwowa przyjechali. Po dziesiątkach lat spędzonych poza krajem. Po to, aby przestać o nim myśleć, marzyć i śnić. Bo rzeczywistość zabija wspomnienia. Nie ma powrotu do młodości. To co było nie wróci, chociaż my sami wrócimy w miejsca znane nam z kochanej przeszłości.

Jerzy Janicki jako autor scenariuszy radiowych i filmowych, ma wspaniałą łatwość wymyślania fabuły. Każde zdarzenie, fakt autentyczny, żywy człowiek może być dla niego materiałem do ciekawej opowieści. Pisze łatwo, lekko i przyjemnie. Szkoda, że nie zawsze prawdziwie. Nagina fakty do swojej fabuły. Ale wiedzą o tym tylko bohaterowie jego opowieści. Często już dziś nieżyjący. A potrafi uśmiercić kogoś przed oficjalnym pożegnaniem się z tym światem… Np. Henryka Vogelfaengera wyprawił na tamten świat rok wcześniej, niż podają to nekrologi i kroniki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, pomylić może się każdy. Ale Janicki z uporem maniaka obudowuje zmyślone fakty historią, legendą, anegdotą. Jakże tu nie wierzyć autorowi książki, który opowiada jak mu bohater umierał na rękach? A że nie w tym roku co on zapamiętał? Drobiazg. Czytelnik sprawdzi? Raczej nie. Bo po co? Przykładów przekłamań (celowych? Przypadkowych?) można podać więcej. Ale to niczego autora nie nauczy. W poprzednich książkach też nie zawsze trzymał się faktów. Wydawcom to jakoś nie przeszkadza. Zafascynowanym tematyką lwowską czytelnikom też nie. To po co o tym piszę? Bo wszyscy o tym mówią kawiarniany szeptem na promocji i tuż po niej, a nikt nie ma odwagi zaprotestować, ogłosić w radiu, w prasie. Wyrazić oburzenie, a nie tylko pobłażliwość.

To prawda, że książkę czyta się przyjemnie. Ma żywe tempo, lekkość narracji, barwę wspomnień dla każdego w indywidualnym wymiarze. Opis samego Lwowa, jego okolic, domów, parków, ulic i ludzi staje jak żywy przed oczyma tych, którzy Lwów znają i pamiętają, oraz tych, którzy tak jak ja wiedzą o tym mieście tylko to, co przeczytali w książkach i co opowiadają coraz mniej liczni świadkowie przeszłości. Ale nie chcę uczyć się historii na książkach Jerzego Janickiego. Jest w nich poza wieloma omyłkami i przekręceniami faktów coś dziwnie fałszywego… Coś, czego tak do końca nie umiem nazwać i wskazać. Może właśnie za często i za mocno autor podkreśla swoje z tym miastem związki. W chwili wybuchu wojny miał 11 lat. Za mało, by pamiętać to, co chciałby opisywać. Opisuje większość zdarzeń tak, jakby był ich bezpośrednim uczestnikiem, świadkiem. A tak nie było, bo być nie mogło. Zapamiętał miasto i ludzi oczyma 11-letniego chłopca, a nie dorosłego człowieka. I ten fałsz, to przywłaszczenie (nie tylko stylistyczne) przeszłości jest wyczuwalne. Przeszkadza cieszyć się obcowaniem z przyjemną prozą.

Wspomnienia (własne lub obce) nie muszą być literaturą wysoką, ale muszą być prawdziwe. Cudze przeżycia nie wzbogacają naszego własnego życia. Nie czynią naszych wspomnień bardziej atrakcyjnymi dla czytelnika. Dlatego dobrze byłoby, aby Janicki, jak już wyleczy się z czkawki, zaczął pisać prawdziwie, bez koloryzacji i fabularyzacji opisywanych zdarzeń. Niech zgadzają się daty i miejsca. Komuś, kto był „tylko” magistrem prawa nie trzeba dopisywać biografii doktoratu. Zwłaszcza kiedy już nie żyje…

Książka, jak na tak słabą zawartość merytoryczną, została pięknie wydana ze starannym, atrakcyjnym wyborem dokumentów i fotografii.

„Ani chwili nie żałuję decyzji powrotu do Polski i życie by mi się urwało, gdybym musiał z niej wyjechać” – pisał Melchior Wańkowicz w ostatnim liście do Jerzego Giedroycia, 3 listopada 1963 r.

Nakładem „Czytelnika” ukazała się właśnie – od dawna oczekiwana i zapowiadana książka – w której opublikowane zostały listy dwóch wybitnych osobowości pisarskich. Listy (w sumie 262) znakomitego pisarza, mistrza polskiej szkoły reportażu i wspaniałego redaktora, twórcy „Kultury” są niebanalnym podręcznikiem historii Polski, historii ludzi związanych z kręgami literatury w kraju i na emigracji. Autorką wyboru i współautorką (obok Jacka Krawczyka) opracowanych komentarzy i przypisów jest Aleksandra Ziółkowska-Boehm, opiekunka spuścizny pisarskiej Melchiora Wańkowicza.

Nie można w recenzji oddać klimatu tej korespondencji, jej gorącej (przez lata) temperatury, emocji, które towarzyszyły obu korespondentom. Wiele z tych listów, to eseje „na zadany temat”. Niektóre tematy ciągnęły się całymi latami. Autorzy wracali do dawnych spraw, wątków, pomysłów. Nie zawsze byli zgodni w poglądach ogólnych (np. politycznych) czy personalnych. Ale to, co narzuca się przy lekturze tych listów prawie natychmiast, to wyczucie ich wzajemnego szacunku, chwilami silnej więzi przyjaźni, zwłaszcza z okresu wojny, kiedy „niezbyt dobrze widziany” pisarz odczuł pomoc i wsparcie Giedroycia. Często tłumaczyli się ze swoich poczynań, Wańkowicz – pisarskich, Giedroyc – redaktorskich. Pojawiają się w tych listach także opinie o innych. O przyjaciołach i ludziach nie zawsze im obu życzliwych. Dzisiaj po tylu latach, nie drażnią nieraz ostre opinie. Czas wytłumił emocje.

Całość korespondencji przeszła przez redaktorskie oko Giedroycia. Mimo oddalenia (on w Maisons-Laffitte, Aleksandra Ziółkowska w Stanach Zjednoczonych) pracowali do końca jego życia nad ostatecznym kształtem książki. Ze wstępu autorki opracowania wynika, że zrezygnowano z publikacji kilkunastu listów. Może poznamy je w wydaniu następnym?

Wańkowicz wyjechał z Polski jesienią 1939 r. Wrócił do kraju w 1958 r. – dlatego (między innymi), że na emigracji nie był w stanie utrzymać siebie i żony wyłącznie z pisania. A bez pisania nie umiał żyć. Nie umiem pisać na skład, kiedy żaden wydawca nie czeka – to cytat z listu z 1947 r. Miał organiczną potrzebę wypowiadania się na piśmie, w druku, w kontakcie nie z pojedynczym czytelnikiem, ale z ich całymi rzeszami, podczas licznych spotkań autorskich w Europie, w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie. Pisząc, ciężko pracował. Na przykład, w pewnym okresie na fermie kurzej. Później żona pracowała sprzątając, aby on mógł pisać. Dłużej tego stanu, tych warunków nie mógł wytrzymać. W Polsce spotkał się z serdecznym przyjęciem. Zarówno czytelników, jak i władz – do czasu, gdy w 1964 r. został aresztowany. Ale popularność i książki obroniły go przed dłuższym uwięzieniem. Kompromitacja władz była straszna. W Polsce miał grono przyjaciół, swoisty klub towarzyski. Wydawano mu książki w dużych nakładach, zapraszano na spotkania z czytelnikami, które lubił. Dopingowało go to do dalszych prac pisarskich.

Z Giedroyciem korespondencja urywa się w 1963 r. Chociaż proponował redaktorowi nadsyłanie stałych reportaży z kraju, nie znalazło to zainteresowania Giedroycia. Wańkowicz „krajowy” wydał mu się jakby mniej ciekawy. Bardziej był zainteresowany dawnym jego opisywaniem Polaków „w świecie rozproszonych”, często skłóconych. Są te listy świadectwem prawdy o ludziach ciekawych, bogatych, ważnych. Są dowodem podziałów wśród emigracji. Pamięcią o ludziach, którzy tworzyli polską historię. Są także śladem przyjaźni, szacunku, życzliwości. Z listów Wańkowicza poznajemy emigracyjną codzienność pisarza. Z listów Giedroycia dowiadujemy się z jakim ogromnym trudem budował „Kulturę”. Obaj mieli te same kłopoty – finansowe, egzystencjalne, ludzkie. Obaj, mimo dowodów przyjaźni i życzliwości, poznali gorzki smak emigracyjnego chleba. W pewnym okresie byli emocjonalnie sobie bliscy. Rozumieli warunki, w jakich przyszło im żyć. Lektura tego tomu korespondencji dwóch wybitnych Polaków powinna stać się obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią Polski ostatnich 60 lat.

Nakładem Towarzystwa Naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ukazał się „Leksykon kultury polskiej poza krajem od roku 1939″. Ambitne zadanie opracowania na pewno potrzebnego i pożytecznego wydawnictwa – osiem lat temu – wyznaczyli sobie Krzysztof Dybciak i Zdzisław Kudelski. O współpracę zwrócili się do 59 autorów, którzy „reprezentują wiele środowisk naukowych w kraju i na obczyźnie”. Kulturę poza krajem podzielono na siedem działów. Redaktorami poszczególnych tematów zostali: Teresa Rutkowska (film), Roman Dzwonkowski SAC (kultura religijna), Tadeusz Kaczyński (muzyka), Irena Grzesiuk-Olszewska (plastyka), Dobrochna Ratajczakowa i Kazimierz Andrzej Wysiński (teatr), Krzysztof Dybciak i Zdzisław Kudelski (publicystyka i ruch wydawniczy), Krzysztof Dybciak (literatura i wiedza o kulturze). Po wielu latach otrzymaliśmy pokaźny tom – owoc działań prowadzonych w ramach prac programu badawczego, finansowanego przez KBN (Komitet Badań Naukowych), pod patronatem Towarzystwa Naukowego KUL, a dofinansowanego przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”.

Chociaż skromne fundusze nie pozwalały m. in. na „studyjne wyjazdy zagraniczne” redaktorów i autorów haseł, słownik dość wiernie oddaje stan, w jakim się znajdują polskie badania nad kulturą emigracyjną i polonijną. Ten „stan” to absolutny chaos, nad którym z trudem panują coraz liczniejsze ośrodki naukowe powołane do badań nad emigracją, a działające przy kilku uniwersytetach. W najnowszej publikacji jest bardzo wiele luk, które podobno spowodowane są czynnikami niezależnymi od redakcji: brakiem autorów zajmujących się nowatorsko faktami zakwalifikowanymi do słownika, odmową napisania lub niewywiązania się współpracowników z wcześniejszych deklaracji.

Zmarnowana została szansa rzetelnego przedstawienia faktów, zdarzeń i ludzi kultury polskiej poza krajem, przez autorów o rozmaitych postawach badawczych, orientacjach metodologicznych, upodobaniach stylistycznych. Czytelnika musi razić brak dyscypliny redakcyjnej, który autorzy tłumaczą tym, że nie chcieli narzucać piszącym schematu kompozycyjnego, ujęcia teoretycznego, stopnia egzemplifikacji, nastawienia aksjologicznego. W zakończeniu wstępu czytamy: ambicją twórców tego wydawnictwa była prezentacja i ocena najważniejszych składników dorobku polskiej kultury poza krajem po 1939. Leksykon stanowi więc próbę zbudowania hierarchii zjawisk artystycznych i humanistycznych: w tym celu dokonaliśmy ostrej selekcji wytypowanych osób oraz instytucji, poświęcając hasła jedynie najwartościowszym.

Niestety, selekcja okazała się nie tyle może ostra co raczej mało sensowna. Stracono okazję przybliżenia sylwetek wielu twórców emigracyjnych z różnych dziedzin szeroko rozumianej kultury i sztuki w jednym wydawnictwie. Może wyznaczone zadanie okazało się za trudne dla jego inicjatorów. Fakty są następujące: wśród „najwartościowszych” zabrakło miejsca dla m. in.: Stanisława Balińskiego, Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego, Mariana Hemara, Juliusza Sakowskiego, Jadwigi Domańskiej, Wacława Radulskiego (współtwórcy Teatru Dramatycznego 2. Korpusu), Tymona Terleckiego, Feliksa Topolskiego, Czesława Miłosza, Bronisława Horowicza… Jest hasło „Zbigniew Brzeziński”, ale brak „Jan Nowak Jeziorański”.

Wśród haseł teatralnych cieszy obecność nieznanych w kraju: Romana Ratschki i Krystyny Dygat-Kiersnowskiej, ale dziwi brak sylwetek aktorów, którzy swoją karierę rozpoczęli przed wojną, a kontynuowali w trudnych warunkach emigracyjnych. Kazimierz A. Wysiński pisze m. in.: w latach 1947-1994 w teatrze polskim w Londynie pracowało ok. 20 reżyserów, 30 scenografów i ponad 20 aktorów: reprezentantów trzech pokoleń. „Nieobecni”, „mniej wartościowi” to m. in.: Maryna Buchwaldowa (już ostatnia, która grała z Osterwą w dramacie Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”), Irena Kora Brzezińska (o pięknej karcie okupacyjnej), Helena Kitajewicz, Barbara Reńska, Maria Arcyńska, Zofia Terne, Nina Grudzińska (jej bohaterska postawa i zasługi z pierwszych lat wojny wciąż czekają na opisanie), Romana Pawłowska (symbol tragedii emigracyjnego losu aktorskiego), Maria Modzelewska, Wojciech Wojtecki (była okazja opisania na nowo sylwetki znakomitego artysty, który do roku 1959 – a nie 1963! – prowadził w Londynie Teatr Aktora), Tadeusz Orłowicz – scenograf, wspaniale przypomniany niedawno w „Pamiętniku Teatralnym”.

Znaleziono miejsce dla Heleny Makowskiej, którą przedstawiono jako „aktorkę filmu włoskiego”, nie wspominając jej udziału w występach Lotniczej Czołówki Teatralnej w Wielkiej Brytanii, co jakoś by uzasadniało jej skromniejsze hasło. Nie podaje jednak autor biogramu łatwej do ustalenia daty śmierci ani ważnej bibliografii: „Słownika biograficznego teatru polskiego (t. I)”. Autorka innego hasła, w którym opisuje dzieje aktora i reżysera Wiesława Mireckiego, opuszcza banalnie łatwą do odszukania datę jego urodzenia – jest ona dostępna (podaję dla ułatwienia przyszłym badaczom) w dziale dokumentacji warszawskiego ZASP-u, w archiwach kilku teatrów, z którymi współpracował po powrocie do kraju w 1958 r.; po raz pierwszy został on opisany w „Almanachu sceny polskiej 1991/1992″. Przy okazji prostuję: nazwisko panieńskie jego żony (też aktorki) brzmi nie Szeliga tylko Czechówna (obecnie Kaya Ploss – działaczka polonijna w Waszyngtonie).

Jest sprawą dziwną i niezrozumiałą otwieranie na siłę otwartych drzwi. Kilku autorów haseł teatralnych pomija zupełnie w bibliografii ważne i podstawowe źródła: kolejne „Almanachy sceny polskiej” i dwa tomy „Słownika biograficznego teatru polskiego”. Autorką, która najrzetelniej opracowała osobowe hasła teatralne jest Barbara Berger. Podaje ona fakty, bez interpretacji, ocen i opinii własnych – z czego inni autorzy nie potrafią zrezygnować. Wiele haseł (zwłaszcza rzeczowych) aspiruje do roli eseju, a chyba nie o to chodzi w słowniku, encyklopedii, leksykonie. Autor noty ma służyć swą wiedzą, a nie popisywać się nią! Przed kim? Przed czytelnikiem, który nic nie wie na dany temat? Po co? Tego rodzaju publikacje aktualizuje się do ostatniej chwili. Redakcja była uprzejma zlekceważyć nadesłane przez Barbarę Berger na nowo napisane hasło poświęcone osobie Fryderyka Jarosy’ego. Nie uwzględniono nowych faktów z jego biografii (włącznie z prawdziwą datą i miejscem urodzenia), które opublikował „Pamiętnik Teatralny” w 1998 r. (zeszyt 1-2). W ciągu ostatnich kilku lat ukazały się trzy ważne numery „PT”, tzw. „zeszyty wojenne” (1997 r. zeszyt 1-4, wspomniany wyżej oraz 1999 r. zeszyt 2). Żadna z osób piszących o teatrze emigracyjnym nie wymienia ich jako źródła!

Nieprawdą jest (jak piszą redaktorzy), że w bibliografii podano jedynie publikacje, które ukazały się do początku lat 90. W przypadku hasła „Andrzej Chciuk”, wymieniona jest najnowsza książka jemu poświęcona, która ukazała się w 1999 r. (B. Żongołłowicz). Także autorka biogramu Stefanii Kossowskiej „zdążyła” podać najnowszą o niej publikację („Pani Stefa”, Londyn 1999). Ale nie wiem dlaczego nie było chętnych do napisania o Adamie Kossowskim, czy Zofii Stryjeńskiej i jej synach – Jacku i Janie?

Do haseł osobowych mam (pewnie nie tylko ja) wiele zastrzeżeń, zarówno co do ich wyboru jak i zawartości informacyjnej. Np. zupełnie nie rozumiem, dlaczego znalazło się aż tak dużo miejsca dla Poli Negri, czy (przy całym szacunku i uznaniu zasług) Jana Pawła II. A jeżeli już tak obszernie została opisana działalność papieża na forum emigracyjnym, to należało wyłuskać i szerzej przedstawić takie fakty jak premiera sztuk Karola Wojtyły na scenach uchodźczych (nie tylko w Londynie, ale i w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych). 3 października 1995 r., w Carnegie Hall odbyła się amerykańska premiera angielskiej wersji „Przed sklepem jubilera”. Reżyserował Ireneusz Wykurz, scenografię przygotowała Joanna Wężyk. Była to ważna impreza towarzysząca wizycie Ojca Świętego w Nowym Jorku. Jest to ciekawy przyczynek do twórczości Karola Wojtyły, o którym brak wzmianki w bogatym biogramie.

W tego typu publikacji pożądane jest podanie faktów mniej lub wcale nie znanych, a nie powielanie tego, co można przeczytać w innych opracowaniach. Dlatego więcej inwencji wykazali autorzy haseł rzeczowych (choć czasem zbyt obszernie sformułowanych), np. „Architektura jako element kultury polskiej na obczyźnie” (Ameryka Płd., Szwajcaria, Wlk. Brytania, Australia); „Polscy fotografowie w Australii, we Francji, w Niemczech, w USA” – ale o fotografach w Wlk. Brytanii (b. znani m. in. Marynowicz i Bednarski) informacji trzeba szukać w innym haśle: „Stowarzyszenie Fotografików Polskich w Londynie”); „Polska literatura emigracyjna w krajach niemieckiego obszaru językowego po 1945″; „Polski Uniwersytet na Obczyźnie (Londyn)”; „Polskie ekipy filmowe na obczyźnie w latach II wojny światowej. Emigracja wojenna filmów polskich w latach II wojny światowej”; „Prasa krajowej opozycji na emigracji”; „Rzeźbiarze polscy w Londynie” – (a gdzie indziej ich nie było?); „Teatr Drugiej Emigracji”; „Teatr Polski ZASP w Londynie”; „ZASP za Granicą”; „Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie”; „Instytut Literacki (Paryż)”; „Instytut Polski i Muzeum im. Gen. W. Sikorskiego (Londyn)”; „Biblioteka Polska w Londynie” (a dlaczego pominięto Bibliotekę Polską w Paryżu?).

Zdumiało mnie odrębne hasło poświęcone Czołówce Brygady Karpackiej. Chociaż brak osobnych not o Teatrze Dramatycznym 2. Korpusu, Czołówkach Rewiowych (Krukowskiego i Konarskiego), Lotniczej Czołówce Teatralnej i Czołówce Teatralnej nr 1 Lwowska Fala… Wszystkie te zespoły są jedynie wzmiankowane w artykule „Teatr Drugiej Emigracji”. Ma swoje hasło – „Kościelskich imienia Fundacja Literacka w Genewie”, a nie ma danych o Fundacji Kościuszkowskiej, Lanckorońskich i innych…

Na wyróżnienie zasługują dobrze opracowane hasła poświęcone ważnym pismom, które po 1939 r. ukazywały się poza krajem: „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, „Lwów i Wilno”, „Wiadomości”. Ale opuszczono inne równie ważne, jak np. „Orzeł Biały”, „Polska Walcząca”, „Nowy Dziennik” (Nowy Jork) czy „Dziennik Związkowy” (Chicago). A gdzie tytuły prasy polskiej w Kanadzie, Australii…

Pożyteczne i pomocne jest hasło „Bibliografie emigracyjne i dotyczące emigracji”. Zupełnie pominięto temat (problem, zagadnienie?), które krótko nazwałabym – „Radio, czyli Sekcje Polskie zagranicznych rozgłośni”. Dzisiaj nie jest już tajemnicą fakt, że RWE, BBC, Głos Ameryki, Sekcja Polska Radia Francuskiego były bardzo dobrymi miejscami pracy dla najciekawszych osobowości polskiej inteligencji. Dawały stałe (lub tymczasowe) zatrudnienie wielu pisarzom, aktorom, kompozytorom. Brakuje mi hasła Alfreda Shutza (zm. 21.10.1999 r. w Monachium, w prawie zupełnym zapomnieniu i osamotnieniu), chociaż jest biogram Henryka Warsa. Na pamięć po latach zasługuje (zdaniem redakcji) Nowakowski Zygmunt, a dlaczego mamy nic nie wiedzieć o innym pisarzu o tym samym nazwisku – Tadeuszu Nowakowskim, czy jedynym chyba śpiewaku polskim, który w latach wojny pokonał ogromną trasę od Lwowa do Londynu i zrobił karierę w Covent Garden (Marian Nowakowski – bas baryton, prawdopodobnie już ostatni uczeń Adama Didura).

Tak się nasza historia ułożyła, że powojenne losy Polaków zostały podzielone na tych, co w kraju i na tych na obczyźnie. I tu, i tam działy się rzeczy ważne dla kultury narodowej. Nie da się w jednym tomie, w 230 hasłach zamknąć ponad 60 lat zdarzeń, spraw i losów ludzi kultury w najszerszym rozumieniu tego słowa. Wyznaczone przez redakcję zadanie ogarnięcia całości problemów związanych z kulturą polską poza krajem przerosło jej możliwości.

Rozproszeniu ludzi towarzyszyło przez lata rozproszenie dokumentacji. Teraz kilka ośrodków akademickich konkuruje ze sobą w pozyskiwaniu spuścizn po twórcach emigracyjnych. Na ich uporządkowanie i opracowanie potrzeba czasu, miejsca, środków finansowych i ludzi, którzy z pasją odkrywców chcą grzebać w starych papierach. To oni pisali te hasła. I tę ich pracę nie do końca właściwie wykorzystano. Bo pierwszy tom (redaktorzy zapowiadają następne w układzie holenderskim – „każdy od litery A do Z”) tylko w niewielkim stopniu zaspokajają autentyczną potrzebę wiedzy na ten temat. Redaktorzy proszą o nadsyłanie uzupełnień, sprostowań, a zwłaszcza o materiały dotyczące ważnych postaci, instytucji oraz zjawisk ogólnych polskiej kultury poza krajem. Trzeba im pomóc, bo inaczej powstaną kolejne tomy bez tego co ważne, mądre i wartościowe w literaturze, sztuce, teatrze, mówiąc szerzej – kulturze. Na szczęście już nie emigracyjnej.

Kazimierz Braun jest człowiekiem obdarzonym wieloma talentami: reżyser, pisarz, pedagog. Autorem kilkunastu książek z dziedziny teatru. Pisze dramaty, powieści i książki naukowe. I uczy. Jako jeden z nielicznych umie pogodzić teorię z praktyką. Sam reżyseruje, umie tą sztuką dzielić się z innymi, i jeszcze o tym pisze. Lubię jego dramat Helena – rzecz o Modrzejewskiej, i powieść Pożegnanie z Alaską. Podziwiam i szanuję jego zainteresowania i literackie skutki tych zainteresowań z pogranicza filozofii, psychologii, metafizyki, magii świata teatru i zwyczajnej codzienności. Z wykształcenia teatrolog-praktyk, czy też reżyser szukający inspiracji w obszarach zapomnianych, pomijanych, odsuwanych, nieznanych…

W Polsce pracował w wielu teatrach: w Gdańsku, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Toruniu, Lublinie, Wrocławiu. Wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim i w PWST w Krakowie. Od 1985 r. reżyseruje i wykłada w Stanach Zjednoczonych. Pisze. Mnie się zdaje (ale może się mylę), że pisze wciąż o tym samym: o tęsknocie, o niespełnieniu. I bez względu na to czy jest dramat (o Modrzejewskiej, czy jak ostatni o Tamarze Łempickiej, czy Rzecz o Norwidzie z jego słów utkana, czy powieść właśnie – czytam zawsze to samo: o nostalgii, o marzeniach, o poszukiwaniu spełnienia.

Ostatnia powieść – Dzień świadectwa – opowiada o tym, „jak postać Jana Pawła II i jego pontyfikat odbijają się w sercach i umysłach, w modlitwie i postępowaniu ludzi w niego zapatrzonych z miłością, a także mu niechętnych. Bohaterem powieści jest młody ksiądz, swego czasu student Karola Wojtyły, a potem jego wierny, acz nieudolny naśladowca. Akcja toczy się w latach 1978-1998. Powołanie i posługa kapłańska wiodą bohatera przez różne miejsca i środowiska w tym kraju, a także do Ameryki i na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Wszędzie przymierza niejako swoje postępowanie do wzorca wyznaczonego przez Papieża”. Celowo cytuję w całości notę o książce z jej okładki.

Ma w sobie ta książka pewną tajemnicę. Tą tajemnicą jest poszukiwanie, dążenie do pewnego celu, zarówno bohatera, jak i autora. „Różne miejsca i środowiska” – to nie tylko miasta, kraje, to przede wszystkim ludzie, z którymi bohater się styka. Rodzinna wioska, seminarium duchowne, środowisko akademickie, kościelne, polityczne (bo lata opisywane to przecież najbardziej gorące lata i zimne zimy…), ale i teatralne (teatr i artyści stanu wojennego) i emigracyjne… Bohater jak i autor nie z własnej woli opuszcza kraj (dla czyjegość świętego spokoju). I chociaż pracuje twórczo, aktywnie, odnosi sukcesy – to jest to wszystko trochę jakby puste, nie cieszy tak, jak powinno, nie daje satysfakcji, poczucia spełnienia właśnie. Kilka rozdziałów napisanych jest z temperamentem autora powieści sensacyjnych (Brzemię prochu). Wątki religijne, polityczne, społeczne, moralne wymieszane w odpowiednich proporcjach dają złudzenie, że bohater – młody ksiądz uwikłany w skomplikowane układy, może być jednym z nas. Wyjazd z Polski tak naprawdę niczego w jego życiu nie ułatwił, nie uspokoił. Nowe problemy pozwalają co prawda spojrzeć na dawne z dystansu, ale zostają w myślach i duszy.

Jest w tej powieści także nadzieja. Przesłanie autora, że należy wierzyć w sens wybranej przez siebie życiowej drogi, że może ona w końcu (mimo wielu przeciwności) doprowadzić do celu. Ważne, aby postępować zgodnie z własnym sumieniem, nie krzywdzić nikogo. Właśnie wątek o krzywdzie bardzo mi się podoba. „Krzywdą było samo wywołanie uczucia, a potem pozostawienie go w niespełnieniu, odcięcie się od niego”. Wyrządzona komuś krzywda (nienaprawiona) powraca w dalszym życiu (nawet dobrym). Jest jak wyrzut sumienia. Papież jest w tle życia bohatera powieści. Choć nie bierze udziału w akcji, jest wciąż obecny, powraca w myślach i czynach księdza Andrzeja. Jego słowa są wielokrotnie przywoływane. Są nadzieją.

Kazimierz Braun, „Dzień świadectwa”. Oficyna wydawnicza 4K, Bytom 1999.